Dear World: I'm coming!

poniedziałek, 11 maja 2015

Way to Luang Prabang vol. 2

English version below polish ;)

"Część właściwa" podróży obejmowała 2 dni na łódce tzw. slowboat. 


Po przekroczeniu granicy na piechotę, wbiciu stempli i wizy znów musieliśmy czekać - busik był niestety zbyt mały jak na naszą liczną grupę więc jechaliśmy na dwie tury. Nie wzruszyło to zbytnio nikogo, łódka bez nas nie odpłynie... raczej. Zrobiliśmy sobie więc mały piknik, pograliśmy w karty aż w końcu i nas zgarnięto do busa (radość, że przez kolejne 2 dni moja zacna pupa w nim nie zagości była nie do opisania). 
 


Zjedliśmy po wypasionej bagietce w prowizorycznym porcie i rozsiedliśmy się w fotelach. Wiatr we włosach, hałas silnika, słońce, widoki po drodze, woda, która bardziej przypominała kolorem błoto. Płyniemy po Mekongu! Niby nic takiego ale... wierzcie lub nie ale ta rzeka to istna potęga, w porze deszczowej szczególnie (zrobiłam wywiad) ;)


No i jak się można łatwo domyślić na łódce rozrywek było całe mnóstwo - zmieniła się w mini imprezownię. Karty, chipsy, whiskey, ciastka, piwka...  Każdy praktycznie gadał z każdym, a godziny na wodzie leciały baaardzo szybko. Dopłynęliśmy do Pak Beng wczesnym wieczorem (w Azji straaaasznie szybko robiło się ciemno). Poznałam na łódce grupkę ludzi (holendrzy, australijczyk, angole) i lazłam za nimi gdy wysiedliśmy na ląd. Co było do przewidzenia na brzegu już czekało na nas "stado" Laotańczyków zachwalających swoje guesthouse'y. Zasada nr 1 - targuj się! I nie idź z pierwszą lepszą osobą, która rzuci Ci cenę do zaakceptowania, zawsze da się znaleźć tańszy nocleg ;) Ziomki z łodzi wybrały jeden guesthouse, a ja wytargowałam sobie tańszą od pokoju 3 osobowego jedynkę (wyniosło mnie to jakieś 15zł, chyba).

http://www.boatsandrice.com/

Poszliśmy na jedzenie i piwko do jedynej, względnie wyglądającej knajpy - indyjskiej :D Wierzcie lub nie, ale po jakimś czasie jedzenia w kółko makaronu ryżowego/ryżu czasem trzeba po prostu zjeść coś innego. Kolejny rodzinny biznes i obsługujące nas dzieci.


Każdy prawie słyszał o tym jak prawo w Azji jest restrykcyjne jeżeli chodzi o narkotyki. Cóż... ja zauważyłam, że praktycznie nikt nie zwraca na to uwagi. W Pai ludzie wcinali grzyby, W Pak Beng właściciel guesthouse'u palił opium z mymi znajomymi z bambusowej fajki, a zielsko? Było dostępne wszędzie. Ot taka narkotykowa hossa.

Drugi dzień był podobny do pierwszego, jeżeli chodzi o rozrywki. Choć więcej osób spało i panował większy spokój, czas się dłużył. Bo ile można siedzieć na tyłku (zamiast busa - łódź, płaskodupie murowane???


ENG version :)


"Main" trip for which we all were waiting for was journey on slowboat down the Mekong river.After crossing the border on foot, getting the stamps and visas we had to wait, again - minibus was a way too small for our large group. Well, we get used to that, the boat hopefully gonna wait for us... hopefully.  



So we had a little picnic, played some card games (joy that for the next two days my noble ass won't be sitting in minibus was indescribable). Had a nice baguette in kind of little harbor and finally sat in slowbaot's "armchairs". The wind in hair, noise of engine, sun, the views along the way and the water which was more like the mud. We are on Mekong! Believe it or not but this river is a real power, especially in the rainy season (interviewed) ;)


Well, as you can easily guess on the boat we had whole lot of entertainment - turned into a mini party. Cards, chips, whiskey, biscuits, beers... Everybody were talking with each other and the hours were passing extremely quickly. We reached Pak Bend early in the evening (in Asia it was getting dark veeery quickly). I met a bunch of people on the boat (the Dutch, Australian, British) and follow  them when we got ashore.  


We expected what we saw - Lao people were already waiting for us and trying to convince us for staying in their guesthouses. Rule No. 1 - haggle up! Don't go with random person who will give you a acceptable price, it's always possible to find cheaper accommodation ;) Mates from the boat choose one of the guesthouses and I bargained for myself single room cheaper than a  room for 3 people (it cost me some $5, I think, maybe even less).


We went to eat something "normal" (after whole day with snacks) to the only nice looking place - Indian Hasan Restaurant.  Believe it or not but after eating all the time rice noodles/rice sometimes you just need to eat something else. Another family business and working children.

 

Everyone has heard about it how law is strict if it comes to drugs in Asia. Well... I noticed that virtually no one pays any attention on that. In Pai people ate mushrooms like crazy, in Pak Beng owner of our guesthouse smoked opium with my friends from a bamboo pipe, weed? It was available everywhere. Whatever you like.

The second day was similar to the first one = kinda entertaining. Although more people were sleeping and rest was just quiet. Because for how long you can sit on your butt??? Instead of the bus - boat, flat ass guaranteed.



niedziela, 3 maja 2015

Way to Luang Prabang vol 1



English version below polish :)

3 dni i dwie noce - właściwie 3 noce, w tym jedna połowicznie spędzona w ciasnym mini-busie (jak widać na poniższym obrazku - trochę im się skłamało) tyle trwała podróż z Pai do Luang Prabang. Za przejazdy plus jeden nocleg (w Chiang Khong) zapłaciłam 1750bht (ok. 175zł ), za drugi (w Pak Beng) trzeba było wyłożyć pieniądze ze swojej kieszeni. Około 18.30 wyruszyliśmy z Pai, o 1-wszej w nocy dotarliśmy do Chiang Khong. 

Czy da się inaczej? Taniej? Da ;) Ale nie wszystkim chce się kombinować, czasem się wręcz w niektórych przypadkach nie opłaca, więcej info znajdziecie TUTAJ. Krok po kroczku.


Szczerze? Minibusy są strasznie męczące. Wydaje się, że siedzenie na tyłku przez kilka godzin to nic takiego, można odpocząć, odespać ale... nic bardziej mylnego. Nie dość, że są ciasne (wysokie osoby, bądź długonogie łanie mają przechlapane) to jeszcze trzęsie w nich jak cholera. Nie dziwne, że ludzie faszerowali się na podróż Valium (dostępne w każdej aptece w Tajlandii czy Laosie - bez recepty), rozpijali butelkę taniej whiskey albo brali leki na chorobę lokomocyjną dostępne nawet w spożywczaku (Dramamine, dimenhydrinat, 2 złote za jakieś 10 tabletek) - dzięki temu odkryciu przespałam każdą nocną podróż autobusem, mimo średnich warunków do spania. Ćpuństwo, inaczej nie da się tego nazwać.


W Chiang Khong rozrzucono cały minibus do pokojów 2-osobowych (kto miał farta i swój pokój? :D). O poranku śniadanko, wypełnianie świstków potrzebnych do uzyskania wizy na granicy, robienie zdjęć (jakieś 5zł za 4szt - niektórzy byli ciut średnio przygotowani, a ja nadgorliwa :D miałam zapas zdjęć na 3 lata...). Załadowano nas i plecaki do auta po czym zawieziono na granicę (przejście w Houay Xay). Tam podchodzenie do okienka, znowu papierki, 25$/30$ w kieszeni mniej i czekanie. Człowiek czekając na coś cały czas uczy się szybko cierpliwości :D Polecam Azję - jeżeli komuś jej stale brakuje.

Przekroczyliśmy granicę, jedziemy nad Mekong. Czas na "część właściwą" podróży do Luang Prabang. Zdjęcia z 24 września zaginęły, skończyło się robienie zdjęć smartphonem - umarł, nadeszła era zdjęć z tableta - małe "Shire" w dowodzie, że nie wyszło to nikomu na złe ;)


ENG version :)

Three days and two nights - actually 3 nights, including one partially spent in a cramped mini-bus (as you can see on the first picture at the beggining of post they are preety little liers) that's how long took getting from Pai to Luang Prabang in Laos. For transport and one night stay (in Chiang Khong) I paid 1750bht (approx. 53$ ), for the second hostel (in Pak Beng) need to pay by myself. We left Pai around 18.30 and about 1 a.m. at night we arrived to Chaing Khong.

Can you get there without booking a trip? Is that easier? Cheaper? Well, it's possible - but sometimes it's just not worth to contrive everything. All depends ;) Pai - Luang Prabang "Step by step"
 
Honestly? These minibuses are terribly tiring. It seems that sitting on butt for a few hours is nothing, that you can relax, sleep but... it's a little bullshit. Not only that they are tight (a tall person, or long-legged girls are screwed) also inside it shakes like hell. No wonder that people preparing themselves for travel taking Valium (available in every pharmacy in Thailand or Laos - without a prescription), drinking a bottle of cheap whiskey or taking medication for travel sickness which you can get even in the grocery store (Dramamine, around 0,5$ for 10 tablets) - thanks to this discovery I slept every night while being in a bus, despite the average conditions for sleeping. Junkie - can't name it in a different way.


Moje magiczne tablety! / My magic tabs!

In Chiang Khong they sent us to double rooms (who was lucky and had own room? :D). In the morning had small breakfast, filling some papers required to get a visa at the border, taking pictures for some little money (some people were bit less prepared as they should be, and I was overzealous, I had pictures for 3 years...). Together with backpacks we were loaded into the car and then driven to the border (crossing in Houay Xay). Small window, again some papers, $25/$30 less in pocket and waiting, again. Discover of the year: man waiting for something constantly learning patience :D I would recommend going to Asia - when someone has lack of it.

"Biurokracja" na granicy. / Paperwork on the border.

We crossed the border and going over the Mekong. Time for a "right part" trip to Luang Prabang. Photos from 24th of September were lost, ended up taking pictures using my smartphone - it died,  time for photos took with using my tablet (I know, that's kinda weird). Ciao!