Dear World: I'm coming!

środa, 4 grudnia 2013

Bordeaux!!!



Zmęczona po całym dniu w sauno-ciężarówce, spocona jak mysz, roztrzepana, cała w szmince... Dłuższy marsz był ostatnią rzeczą na jaką miałam w tym momencie ochotę. Próbowałam znaleźć jakikolwiek tramwaj/bus, no i oczywiście przydałoby się jakieś miejsce do spania (bo coucha nie dałam rady ogarnąć, a prysznic w mym przypadku był wielce wskazany przed jutrzejszym wypadem do znajomego Francuza). Kręciłam się po okolicy jak szalona pytając o drogę, aż nagle, zza zakrętu wyłonił się przystanek tramwajowy. Nie zgadniecie! Z moim ogromnym szczęściem tramwaje padły i po raz kolejny nadeszła odsiecz ,,z nikąd"- tak poznałam Charlotte, a potem jej mamę z którymi zabrałam się do centrum. 


 Ch. pokazała mi jedyny hostel jaki znała... Szczerze mówiąc, było mi wszystko jedno, biorę! Cena nieco mnie na początku powaliła (30 euro) ale MUSIAŁAM! :D Miejsce w pokoju 3-osobowym... nie muszę chyba wspominać, że cieszyłam się jak dziecko. Z bieli pościeli, braku smrodu, syfu i chrapiących współlokatorów! Szkoda tylko, że nie dało się skakać po łóżku jak w amerykańskich filmach :D istna idylla. Łazienka do mej dyspozycji, prysznic, ogromne łóżko i ostatecznie... calutki pokój tylko dla mnie. Hostel usytuowany był w super miejscu, 7 minut do mostu, który prowadził do najciekawszej części miasta. Szybko zrobiłam pranie, wyszorowałam się i wyszłam na małe zwiedzanie - szkoda czasu na odpoczynek! Odżyłam.


Zwiedzałam dopóki miałam moc, porobiłam zdjęcia, błąkałam bez konkretnego celu i mapy (wspominanie, że się zgubiłam niedługo zrobi się nudne :D). Miasteczko urocze, niezbyt duże, mym zdaniem idealne na romantyczny wypad we dwoje. Wszędzie wąskie uliczki, dookoła stara zabudowa, kilka fajnych zabytków, pod stopami kostka brukowa... klimatycznie na maxa! Żałuję tylko, że nie spróbowałam lokalnego specjału. Właściwie jedynej rzeczy, która kojarzyła mi się tą miejscowością: wina, rzecz jasna. Dla uhonorowania dzieła (czytaj: dziejszej dłuuugiej trasy) za cel postawiłam sobie wzniesienie samotnego toastu zimnym piwkiem i wskoczenie do ogromnego łóżka. Niestety, kupienie złotego trunku graniczyło z cudem (sklepy pozamykane od 17/18, większych marketów na horyzoncie brak) więc skończyłam w pubie obok Ibisa z najdroższym (5 euro) i najmniejszym piwkiem ever (0,33 u nich to norma). Santé!


ENG version :)

Tired after a long day in sauna-truck, sweated like a mouse, scatterbrained, with everything in red lipstick... Longer march was the last thing I would like to do at this moment. I tried so hard to find any tram/bus, and of course looking for a place to sleep (because I didn't even try to find any couch and in my case taking a shower was greatly indicated before tomorrow's trip to my french friend). I was walking around like crazy asking for way to city center. Suddenly, after the corner I found some tram stop. Guess what! With my huge luck trams just died and once again rescue "out of nowhere" came. That's how I met Charlotte, and then her mother with whom I took to the center. 

They showed me the only hostel they knew... I didn't care that much: I'm taking it! Price slightly knocked me in the beginning (30 euros) but I HAD to! :D Hostel was situated on the eastern part, near to the bridge which goes directly to main part oh the city. Place in room for 3...  needless to say that I enjoyed as a child. With white linen, the lack of stink shit and snoring roommates! Pity that I could not jump on the bed like in american movies :D veritable idyll. Disposal of my bathroom, shower, huge bed and finally whole room for myself, yeah! I quickly did the laundry, scrubbed up myself (word clean/wash it's not enough ;) ) and went into the city, resting is a waste of time!

I was exploring until I had the power, making pictures, wandered without a specific order and without map (mentioning that I got lost starts to getting boring :D). The town is really charming, perfect for a romantic getaway, not too big. Narrow streets, old buildings, paving stones, climatically to the max! My only regret is that I didn't try a local specialty, the one who reminded me of this place: wine, of course. I did today sooooo long route! To honor the work I did today I set myself to make a toast with cold beer and then jump to my lovely bed. Unfortunately, buying beer was like a miracle (stores closed at 5/6 p.m, no larger supermarkets on the horizon) so I finished my day in the pub next to the Ibis and drank one of the most expensive and the smallest beer ever (0.33 is the norm there, it makes a difference). Santé!



poniedziałek, 2 grudnia 2013

Across the France


Pobudka o 5.30, przemarsz na stację niczym zombie i kolejny ,,prysznic'' w umywalce. Co to była za noc! Towarzyszącego mi uczucia brudu, smrodu i wrażenie, że spacerują po mnie robaki (uroki spania na cienkiej karimacie na trawniku) nie skomentuje inaczej niż: fuuuuuuj! Pan Kierowca wedle mych przeczuć nie odjechał z plecakiem i nie zostawił mnie na pastwę losu. Wypiliśmy wspólnie herbatkę niczym dobrzy znajomi i o 6.30 ruszyliśmy w trasę. Przekroczyliśmy granicę francuską  i zostałam wysadzona za bramkami w kierunku Paryża. Nie czekałam nawet 5 minut i zatrzymała się osobóweczka z 3 osobami w środku - blablacarowcy (we Francji z tej formy transportu podobno korzysta najwięcej osób). Najpierw rzucili, że za 15 eurasów zawiozą mnie do Paryża (podziękowałam grzecznie mówiąc, że jestem hitchikerem) ale ostatecznie po 5 sekundowej debacie zabrali mnie ze sobą bezpłatnie :)

Paryż postanowiłam ominąć, mimo, że straszliwie kusił od samego początku i planuję się tam wybrać tanimi liniami na wiosnę, może na cały tydzień? :) Zostałam wysadzona za innymi bramkami (teoretycznie łapałam na nielegalu, ale nikt się do mnie nie przyczepił) tym razem spędziłam tam jakieś 20-30 minut. Marker niestety wysechł, zapasowego brak, więc pisałam... czerwoną szminką (btw. na cholerę zabrałam ze sobą szminkę?!? eh, kobiety), ostatecznie cały plecak i spodnie były ufajdane, ale chociaż miałam czym pisać :D 


Chciałam dojechać do Orleanu lub Limoges (tak przyjamniej zakładały me kartki) ale ostatecznie wyszło na to, że Francuz-trucker jedzie pod samo Bordeux. Dla mnie wręcz idealnie! Okazało się też, że nie mówi po angielsku ALE jego babcia była Polką, w samej Polsce był może ze 30 lat temu ale pamięta pojedyncze słówka. Ku memu zaskoczeniu - jakoś się dogadaliśmy, choć nie nazwałabym tego pełnowartościową konwersacją. Dotarliśmy na stację niedaleko Bordeux, cóż... zabawa dopiero miała się zacząć. To był pierwszy dzień kiedy spotkałam innych autostopowiczów w akcji. Najpierw parę Niemców, którzy jechali dalej na południe. Po tym jak opowiedziałam o swych planach, z życzeniem powodzenia... dostałam od nich porządnego markera, działa do dnia dzisiejszego :) Później rozmawiałam z dwoma Francuzami i jak się okazało- dzięki nim zostałam podrzucona nieco bliżej miasta, jednak nadal były to konkretne suburbsy.  O samym Bordeaux - w kolejnym wpisie :)




ENG version :)


Woke up at 5.30, march like zombies to the station and once again "shower'' in the sink. What kind of night was that! Feeling of dirt, the smell and that lovely feeling that bugs are walking around on me (the delights of sleeping on a thin foam pad on the lawn) can't comment on this in different way than: yukkkkkkk! Mr Driver according to my feelings didn't leave with my lovely backpack. We left around 6:30. We crossed the French border, and I was blown behind the highway-turnpikes in the Paris direction. I didn't wait even for 5 minutes and car with 3 people stopped, inside - blablacar participants (in France most people use this form of transport). Firstly they said that for 15 euro they can take me to Paris (politely thanked saying that I am hitchiker) but eventually after 5 seconds of debate in the car, took me for free :)

Paris was terribly tempting but I decided to go there one day by plane (thanks to  cheap flight ticket, love Wizzair and Ryanair) and spend there maybe whole week? I get out on some
highway-turnpikes (theoretically I was there illegaly, but no one stuck to me) and spent on catching maybe 20-30 minutes. Marker unfortunately dried, spare none, so I wrote my directions using... red lipstick (btw damn, why I took with myself a lipstick??? Eh, women) eventually the entire backpack and pants were dirty, but even though I had something to write :D

I wanted to get to Orleans or Limoges (as assumed my cards) but came out that the French truck driver who stopped goes into Bordeux. For me, simply perfect! He didn't speak in English BUT his grandmother was Polish, and he was in Poland about 30 years ago and remember some words. To my surprise - somehow we understood each other, though I would not call this a full-fledged conversation. We arrived at the station near Bordeux, well ... fun was yet to begin. It was the first time when I met other hichihikers. On the spot I met a couple of Germans who drove further south, after telling them about my plans with wishes of good luck they gave me decent marker :) Later, I talked with two Frenchmens and as it turned out - thanks to them I was picked a little bit closer to the city center - but I still were on real suburbs. About the Bordeaux - in the next post :)